"Silni ludzie są, jak drzewa. Gdy są młode, łatwo je zagiąć, obrazić, ale wracają do swojej postaci. Gdy są już duże i silne, wszelkie obrazy spływają po nich, nic ich nie zagnie. Jednak, gdy przyjdzie silna burza- śmierć, łatwo je złamać."~Przemyślenia Hermiony Granger
On gra! On zakłada maski. Nie wierzę, że znowu zaczął zachowywać się, jak Ślizgon. Po tych wszystkich szczerych rozmowach. Co on sobie myśli? Raz gra mojego wielkiego przyjaciela, a potem mnie odpycha. Tak się nie robi i tyle! Już za parę dni mamy uleczyć „szlamę”. Mam, co do tego wielkie obawy. Dlaczego, do cholery, tyle czasu zajmuje zrobienie tej, zasranej, amortencji[1]? Będę nim zauroczona cały tydzień, a może… tylko tydzień. Ron powiedział, że gdy tylko Draco poda mi eliksir wyjedzie na cały tydzień. Wiem, co to oznacza. Przez cały tydzień będę cierpieć i umierać z tęsknoty. Chociaż mam wrażenie, że nawet gdyby wyjechał teraz, tęskniłabym za nim, jak idiotka. Ron, jak zwykle jest kochany, wspiera mnie, ale w Draco jest coś takiego, że nie umiem mu się oprzeć. Przez, jak na razie, całe moje życie był wrogiem, a teraz czuje jakby stał się najbliższą mi osobą. On tego nie czuje. Odpycha mnie, nie dopuszcza do siebie myśli, że może lubić Granger. Już nawet nie chodzi o krew, a o zasady. Wiem, że chciałby zrobić na złość swojemu tatuśkowi, ale takiej hańby by już nie zniósł.
- Hermiona.
Czy mógłbym z Tobą porozmawiać?- nawet nie słyszałam, jak wchodził do pokoju.
- W sumie, czemu nie. Nie odzywałeś się przez trzy dni, można powiedzieć, że stęskniłam się za tym chłodem w twoim głosie- można by rzec, że wręcz trzęsłam się wtedy z zimna.
- Za to ja zdążyłem zapomnieć, jaka wredna jesteś.- zażartował- Jestem tu, żeby zapytać czy na pewno chcesz abym wyjeżdżał po podaniu Ci amortencji?
- Czy to nie byłoby najlepsze rozwiązanie?- zapytałam niepewnie.
- Zwyczajnie nie chce, żebyś cierpiała. Dobrze wiesz, jakie to będzie bolesne, gdy nie będziesz mogła nawet na mnie spojrzeć. Przeszłaś już tyle nie chcę Ci dokładać.- miałam wrażenie, że robi to też z bardziej egoistycznych pobudek.
- Na pewno nie chcesz bawić się moimi uczuciami?- zapytałam sarkastycznie- Nie zdziwiłabym się, gdybyś chciał zobaczyć, jak biedna Hermionka ugania się za Tobą, jak pies za swoim ogonem.
- Wystarczyło powiedzieć, że „na pewno nie”. To by starczyło.- skierował się w stronę drzwi.
- Od kiedy ty taki delikatny, Malfoy. Możesz i masz racje. Nie chcę żebyś wyjeżdżał. Z resztą, gdzie byś się podział?
- Jeśli tego chcesz.
- Tylko, błagam, powiedz mi wszystkie pobudki, jakie Tobą kierują. Widzę, że mój ból to nie jedyna.
- Czemu ty wszystko widzisz? Wszystko wiesz? To nie jest normalne.- powiedział pół- żartem, pół-serio.
- Draco…
- No okay, okay… - wziął głęboki oddech- chodzi oto, że nikt mnie nigdy nie kochał. Nawet matka. Wiele dziewczyn za mną szalało, z resztą czemu się dziwić, ale żadna nie kochała.
- Ale wiesz, że eliksir nie sprawi, że będę Cie kochała, tylko będę tobą przesadnie zauroczona, chociaż to rzeczywiście bardzo wierna podróbka.
- Oczywiście, że wiem Granger. To w końcu ja w Slytherinie byłem najlepszy z eliksirów. Dopiero Potter, ukradł dziennik Księcia i mnie przewyższał „swoją inteligencją”. Myślę, że ta wierna podróbka mi wystarczy. Chociaż teraz sam nie jestem pewien. Z resztą po co ci ja to w ogóle mówiłem?!- krzyknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
- W sumie, czemu nie. Nie odzywałeś się przez trzy dni, można powiedzieć, że stęskniłam się za tym chłodem w twoim głosie- można by rzec, że wręcz trzęsłam się wtedy z zimna.
- Za to ja zdążyłem zapomnieć, jaka wredna jesteś.- zażartował- Jestem tu, żeby zapytać czy na pewno chcesz abym wyjeżdżał po podaniu Ci amortencji?
- Czy to nie byłoby najlepsze rozwiązanie?- zapytałam niepewnie.
- Zwyczajnie nie chce, żebyś cierpiała. Dobrze wiesz, jakie to będzie bolesne, gdy nie będziesz mogła nawet na mnie spojrzeć. Przeszłaś już tyle nie chcę Ci dokładać.- miałam wrażenie, że robi to też z bardziej egoistycznych pobudek.
- Na pewno nie chcesz bawić się moimi uczuciami?- zapytałam sarkastycznie- Nie zdziwiłabym się, gdybyś chciał zobaczyć, jak biedna Hermionka ugania się za Tobą, jak pies za swoim ogonem.
- Wystarczyło powiedzieć, że „na pewno nie”. To by starczyło.- skierował się w stronę drzwi.
- Od kiedy ty taki delikatny, Malfoy. Możesz i masz racje. Nie chcę żebyś wyjeżdżał. Z resztą, gdzie byś się podział?
- Jeśli tego chcesz.
- Tylko, błagam, powiedz mi wszystkie pobudki, jakie Tobą kierują. Widzę, że mój ból to nie jedyna.
- Czemu ty wszystko widzisz? Wszystko wiesz? To nie jest normalne.- powiedział pół- żartem, pół-serio.
- Draco…
- No okay, okay… - wziął głęboki oddech- chodzi oto, że nikt mnie nigdy nie kochał. Nawet matka. Wiele dziewczyn za mną szalało, z resztą czemu się dziwić, ale żadna nie kochała.
- Ale wiesz, że eliksir nie sprawi, że będę Cie kochała, tylko będę tobą przesadnie zauroczona, chociaż to rzeczywiście bardzo wierna podróbka.
- Oczywiście, że wiem Granger. To w końcu ja w Slytherinie byłem najlepszy z eliksirów. Dopiero Potter, ukradł dziennik Księcia i mnie przewyższał „swoją inteligencją”. Myślę, że ta wierna podróbka mi wystarczy. Chociaż teraz sam nie jestem pewien. Z resztą po co ci ja to w ogóle mówiłem?!- krzyknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
To dla niego
ciężki temat. Z reszta dla kogo nie jest. Miłość jest tak wielkim tematem tabu,
że nie ma nawet dokładnej i „perfekcyjnej” definicji tego słowa. Mnie ludzie
kochali. Wiem to. Ron, Harry, Fred, rodzice. Każdy z nich darzył mnie bezgraniczną
miłością. Ja kocham Rona, kocham Harry' ego, kocham rodziców, ale to nie jest TA
miłość. Kocham ich jak przyjaciół, jak rodzinę. W moim życiu nie było też brak
czułości. Pierwszy pocałunek z Krumem, potem już więcej pocałunków z Fredem i
na sam koniec z Ronem. Zawsze wiedziałam, że to nie skończy się dobrze. Tyle z
tego dobrego, że przynajmniej nie odtrącił mnie, gdy tak perfidnie z nim
zerwałam. Współczuje Draconowi… jego życie nie było proste. Wręcz przeciwnie.
Tak wyboistego życia, jeszcze nie widziałam. Maltretowany przez ojca, nie
fizycznie, ale psychicznie, w tym zasrany Lucjusz był najlepszy. Zmuszony do
bycia Śmierciożercą. To było najgorsze… musiał służyć mu bezgranicznie,
płaszczyć się przed nim, a wszyscy wiemy jak On tego nienawidzi. Voldemort,
jego ojciec, tak naprawdę wszyscy w koło zrobili sobie z niego własną zabawkę.
Nie mógł się sprzeciwić i tylko dlatego z nim rozmawiam, tylko dlatego że po
wojnie wszystkie karty są czyste, musimy je stworzyć na nowo.
***
Pamiętam jej tortury. Czułam tylko ból, nawet strach uleciał. Słyszałam, jak krzyczał. Chciał mnie ratować. Biedny Ron.
Draco… on
widział, słyszał. Słyszał i widział i nic nie robił. Pamiętam tę odrazę, którą
do niego czułam. Miałam ochotę mu wyrwać te jego pieprzone stalowo-błękitne
oczy. Pamiętam ich wyraz, taki beznamiętny. Raz spojrzał mi w prosto w oczy, nagle
na jego twarzy wymalował się strach i ból, a błękitne tęczówki okryły się mgłą,
a może łzami… Przesłał mi tym spojrzeniem wiadomość, wiadomość o swojej
bezsilności, wtedy zrozumiałam, że jest po naszej stronie. On chyba sam jeszcze
wtedy tego nie wiedział.
***
Nóż, ręce, jej włosy. Cięcia, cięcia, cięcia. Zaklęcie niewybaczalne, starożytne klątwy, nowe klątwy. Ból, ból, ból. BEZ PRZERWY! Nie mogłam nic więcej czuć, zakazała mi. Nie miałam wyjścia, bo robiła wszystko żeby tak było. Pamiętam każde tortury, pomimo tego że byłam zaćmiona niewyobrażalną męką. Błagałam, żeby przestała. Nigdy tego nie robiła. Moja godność… chwila jaka godność?! W takich sytuacjach nie ma godności. Mam nadzieję, że nigdy się o tym nie przekonacie na własnej skórze. Czułam ból nie tylko na ciele, w wolnych chwilach torturowała mnie psychicznie. Robiła wszystko żeby wycisnąć ze mnie łzy, bez krzywdzenia mojego już zmaltretowanego do granic możliwości ciała. Rzadko jej się to udawało. Byłam silna, nie tak jak teraz. Moje wewnętrzne „ja” już tyle wycierpiało, że teraz nie ma za dużo siły na walkę. Mimo tego ostatkami sił staram się trzymać, staram się być silna, a przynajmniej sprawiać takie pozory. Robię to dla poległych. Polegli dla wygranej, dla naszego spokoju, abyśmy my zaznali szczęścia i poczucia bezpieczeństwa, pomimo tego, że oni nie mogą zakosztować żadnego z plusów zakończenia wojny. Muszę się dla nich trzymać. Zawsze, jak powątpiewam przypominam sobie ich. W tych chwilach często używam myśloodsiewni. Wiem, że to dziwne, ale tak jest. Trzymam się tego świata, nie dla żywych, lecz dla zmarłych. Zrobię wszystko, żeby ludzie ich nie zapomnieli. To jest dla mnie aktualnie najważniejsze. Nie mogę, już myśleć o Malfoyu dla którego nic nie znaczę, o Ronie, na którego nawet najmniejsza komórka mojego ciała nie zasługuje, o Ginny i Harrym, którzy wciąż się nie odzywają. Swoją drogą zaczynam się o nich strasznie niepokoić. Wiem, że to była ryzykowna, acz w miarę bezpieczna misja, dlatego powinni już wrócić, albo dać chociaż znać, że żyją. Nie mogę odpędzić od siebie myśli, że coś poszło nie tak, że zginęli kolejni, ale tym razem już po wojnie, a tak nie powinno być. TAK NIE MOŻE BYĆ!
***
Te wszystkie wspomnienia mnie dobijają. Tyle przeżyłam. Gdybym nigdy się nie dowiedziała o świecie magii moje życie byłoby spokojne. Miałabym parę psiapsiółek, rodziców… Rodzice. Nawet nie zaczęłam ich porządnie szukać, ale teraz nie mam na to siły. To nie jest dobry czas. Muszę ich znaleźć, ale nie mogą mnie zobaczyć w takim stanie. Najpierw muszę uporządkować moją psychikę, potem zacznę porządkować życie. Beze mnie żyje im się lepiej. Nie mają czym się martwić.
***
- Hermiona, już czas.- Ron mówił to bardzo delikatnie jakby każde jego słowo mogło mnie urazić, czy przestraszyć.
- Możemy najpierw porozmawiać? –zauważyłam Malfoya i od razu dodałam- W cztery oczy?- Ron spojrzał na Dracona, który od razu wyszedł. Wiedziałam, że nie musimy rzucać żadnego zaklęcia. Pomimo tego, że Malfoy to 100% Ślizgon, nigdy nie podsłuchiwał.
- Jasne…- czułam, że jest zaniepokojony.
- Słuchaj, wiem że nie jesteś za tym by Malfoy nie wyjeżdżał, ale sam powinieneś wiedzieć, jakie to było bolesne, gdy ty nie mogłeś zobaczyć Romildy, po tym jak pożarłeś jej miłosne czekoladki.- sama nie wiem, czemu wyciągnęłam to zdarzenie. Przecież ono trwało zaledwie kilkanaście minut, ale mimo wszystko Ron prawie przez to zginął, gdyby nie ten cholerny książę… Snape i jego bezoar moglibyśmy stracić go na zawsze.
- Dobrze pamiętam to zdarzenie, ale my tu mówimy o Malfoyu. Nie ufam mu. On nie jest honorowy, to mimo wszystko ŚLIZGON.- ostatnie słowo wręcz wypluł, dobrze wiem jak nimi gardzi.
- Ja też nimi gardzę, ale Draco już nie jest tym za kogo go uważaliśmy. Nikt nie jest taki, jak kiedyś i wszyscy dobrze o tym wiemy.- dobrze wiedziałam o czym mówię.
- Dobrze wiesz, że ja nie mam powodów by mu ufać.
- Ależ oczywiście, że masz. To on znalazł rozwiązanie, jak naprawić te pieprzoną „szlamę”, to on zaniósł mnie do łóżka, gdy zasłabłam.- jest jeszcze wiele innych powodów, chociażby nasze rozmowy, ale to jest zbyt osobiste…
- Może i masz rację, ale znasz mnie, raz stracisz moje zaufanie, nigdy go potem nie odzyskasz.
- Ach te Twoje stalowe, nic nie warte zasady! Zrozum, że wszyscy mamy czyste konta. Urodziliśmy się na nowo, każdy próbuje żyć normalnie. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej. Ja z Malfoyem mamy ten sam problem. My urodziliśmy się dla tej bitwy, urodziliśmy się żeby zawalczyć o swoje, tak jak Harry, ale on nie myśli cały czas o tym jakie są tego skutki. To on go zabił, on wykonał swoje zadanie do końca, ja nie… Wszyscy o których miałam zadbać nie żyją. Tyle ludzi zginęło, a mi nie udało się ich ochronić… Draco musiał wybierać i wybrał źle. Mogę się założyć, że ciągle myśli, że gdyby tylko stanął po dobrej stronie sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej. On też się obwinia, bo pomimo tego, że nie chciał nikogo krzywdzić, robił to.
- Hermiona, przestań.- mówił bardzo łagodnie- Fred, Lupin, Tonks, wszyscy- widziałam łzy w jego oczach- nie umarli przez Ciebie. Umarli przez Voldemorta i jego Śmierciożerców, a ten już zginął, teraz musimy zająć się pozostałymi i sprawić by to ich pochłonęło cierpienie, a nie Ciebie.
- Ty nie rozumiesz. Nie mam zamiaru Ci tego tłumaczyć. Chcę tylko powiedzieć, że on ma zostać i tyle. Nie chcę tęsknić już za nikim. Mam jeszcze jedną prośbę, postaraj się go zaakceptować. Mu też nie jest łatwo. Nikomu w tym domu nie było.- sama nie wiedziałam, czemu go bronie, ale te ciągłe sprzeczki doprowadzały mnie do szału.
- Zrobisz, jak uważasz, ale i tak będę go miał na oku. Nie pozwolę mu cię wykorzystać.
- Cieszę się.- wcale tak nie było- Możesz zawołać Draco. Nie ma na co zwlekać.
- Jasne, ale pamiętaj ciągle będę tu z Tobą. Zawsze będę z Tobą, bez względu na wszystko…- nie miałam co do tego, żadnych wątpliwości.
Wyszedł po Malfoya. Długo nie wracali, byłam pewna, ze urządzili sobie pogadankę. W takich chwilach czuję się, jak dziecko. Sama umiem o siebie zadbać, chociaż czasami jest naprawdę ciężko. Czemu wszyscy chcą to robić za mnie? Wiem, że wyglądam na słabą, zwłaszcza teraz, ale to nie jest powód. Wszystkie te myśli składają się do jednego wniosku: Silni ludzie są, jak drzewa. Gdy są młode, łatwo je zagiąć, obrazić, ale wracają do swojej postaci. Gdy są już duże i silne, wszelkie obrazy spływają po nich, nic ich nie zagnie. Jednak, gdy przyjdzie silna burza- śmierć, łatwo je złamać. Sama często nie rozumiałam tych słów, nie pamiętam, gdzie je wyczytałam. Z czasem stały się one dla mnie jasne. W dzieciństwie mnie wyśmiewali, nie tylko w świecie czarodziejów, u mugoli byłam szopą, u siebie byłam szlamą. Na początku każda obelga mnie bolała, gdy już wydoroślałam nawet tego nie ignorowałam, a się śmiałam. Życie mnie zahartowało. Myślałam, że jestem odważna, że nic mnie nie zagnie, że jestem silna, że nic mnie nie zrani, nie złamie. Myliłam się. Potężna burza przyszła i do mnie. Złamałam się, ale pragnę odnaleźć lukę w tym rozumowaniu. Myślę, że z czasem uda mi się „odrosnąć”. Gdy to już mi się uda będę silniejsza niż wcześniej. Myślę, że jestem na dobrej drodze, żeby to pokonać, ale są dni, gdzie nie umiem wytrzymać sama ze sobą.
- Hermiona?! Żyjesz?! Kosmos do Hermiony!- dopiero zdałam sobie sprawę, że słyszę głos Rona. Nagle ktoś objął moją twarz, obiema rękoma.
- Hermiona?- troska, widziałam troskę.- Nie płacz! Słyszysz? Hermiona, na Merlina, jesteś tu?!- Draco wciąż patrzył mi w oczy, a ja dopiero, gdy powiedział żebym nie płakała, zdałam obie sprawę, że z moich oczu ścieka smutek.
- Draco, ja… ja chyba odpłynęłam.
- To wiemy? A można wiedzieć gdzie?- Ron był bardzo zaniepokojony, ale też zdenerwowany.
- Weasley, idioto! Hermiona, mówiliśmy do Ciebie przez jakieś 5 minut i nie słyszałaś, ani nie widziałaś nas?- wciąż ta troska w głosie. Nie mogłam uwierzyć, ze ten głos należy do byłego Ślizgona. Tak, byłego.
- Ja po prostu myślałam. Przepraszam.- zwykle takie odpływy trwały bardzo krótko. Zwykle nie słyszałam, jak ktoś wchodzi do pokoju, albo nie słyszałam pierwszych słów rozmówcy, ale to… Sama zaczęłam się martwić.
- Nie przepraszaj, ale myślę, że powinniśmy to przełożyć. Jeśli wciągu tego tygodnia to się powtórzy trzeba będzie coś na to zarazić. To po prostu niebezpieczne.- powiedział ze spokojem Draco.
- I co?! Weźmiemy ją do mugolskiego psychologa? Herma, co się z Tobą dzieję? Powiedz lepiej od razu.- Ron był wściekły. Nie wiem czemu, zwykle to on się mną opiekował, a Draco się wściekał.
- Jeśli będzie taka potrzeba, to weźmiemy.- w oczach Dracona widać było iskierki złości.
Byłam zdezorientowana. Ja naprawdę nie byłam świadoma. Kłócą się znowu z mojej winy. Czułam, jak cała energia uleciała z mojego ciała, niczym ptak.
- Ron, ja nie chciałam, ja nie wiem- mówiąc te słowa, prawie ich nie widziałam.
Potem nie wiedziałam już co się ze mną dzieję. Słyszałam, że coś wykrzykiwałam, ale nie mogłam zrozumieć co. Czułam się jakby były dwie mnie. Jedna myśląca, normalna, a druga wierzgająca się na łóżku, niezrównoważona ja. I wtedy poczułam wtulającego się we mnie Dracona. Trzymał mnie bardzo mocno objęciach, a ja nie przestawałam trząść się, krzyczeć i płakać. Nagle wszystko wróciło. Każde bolesne, smutne, złe wspomnienie. Poczułam krew kapiącą mi z ręki i z nosa. Przestałam krzyczeć, z jego stalowych oczu, ściekały łzy. To mnie ocuciło. Nie wiem, jakim cudem, ale się udało. Okazało się, że wolałabym jednak by atak trwał, przynajmniej nie czułam tego porażającego bólu… wszystkiego. Cała się trzęsłam i ściskałam rękę blondyna z całej pozostałej mi siły.
- Hermiona?! Spokojnie, z Harrym wszystko w porządku. Ta zdzira nie żyje. Twoi rodzice też. Wszystko jest okay. Csiii… Ron zaraz przyniesie potrzebne eliksiry.- mówił to czułym, delikatnym głosem, ale większość z tych słów była dla mnie bełkotem. Czemu miało się coś stać Harry'emu i co za zdzira? Zdołałam wydukać z siebie jedynie:
- Harry? Zdzira?- po czym złapał mnie nagły atak kaszlu. Draco pomógł mi go uspokoić. Tak mocno zdarłam sobie cały układ oddechowy, że miałam wrażenie, jakby z każdego jego narządu ciekła krew. Okazało się, że rzeczywiście wykaszlałam trochę krwi, może nawet więcej niż trochę. Ron wreszcie przyniósł potrzebne eliksiry. Eliksir wzmacniający, przeciwbólowy, uogólniając wszystkie, które mogły się teraz przydać, nawet Amortencję. Dużo czasu zajęło mi wypicie ich wszystkich, moja piekąca i ewidentnie krwawiąca krtań pokazywała na co ją stać. Pierwszy łyk eliksiru pieprzowego, po ludzku, wyplułam. Nie mogłam znieść tego przeszywającego od środka bólu. Ten przeciwbólowy jeszcze nie zaczął działać, a przecież był to podobno jeden z najsilniejszych.
- Hermiono, wydaje mi się, że mimo wszystko powinniśmy podać Ci Amortencję teraz. Wiem, ze przed chwilą mówiłem co innego, ale nie możemy sobie pozwolić, abyś traciła tyle krwi. To Cię znacznie osłabia, a z Twoimi kłopotami zdrowotnymi to tylko znacznie pogarsza sytuacje.- mówiąc to był speszony i zdenerwowany, zupełnie jak nie on. Co się stało z tym wrednym, tchórzliwym dupkiem, jak na Malfoya przystało.
- Zgadzam się z nim. Wiem, że jest to nowość, ale gość mądrze gada. To tylko pogarsza twoją sytuację, a ta otwarta blizna z dnia na dzień wygląda coraz gorzej. Wiem, że przyzwyczaiłaś się już do ciągłego bólu i nie odczuwasz większej różnicy, ale no cóż powinnaś ją chociaż dostrzec.- poparł go Ron.
Dopiero wtedy odważyłam się spojrzeć na „szlamę”. Prawie nie zwymiotowałam z obrzydzenia. Zwykle była zakryta bandażem, a nawet wtedy starałam się nie patrzeć, teraz była zdecydowania za bardzo odkryta, bo Draco nie zdążył jeszcze na nowo jej opatrzyć. Już nie było widać wyrazu szlama, wszędzie była zakrzepła, ale i też świeża, szkarłatna krew. W głębi dostrzegałam własne mięso, miałam wrażenie, że gdybym tylko pozbyła się tej krwi zobaczyłabym kości.
- To przez ten atak, dlatego wygląda jeszcze gorzej niż zwykle. Sama widzisz, możesz być „zakochana” i za razem chorować. Nie widzę innej opcji, ale warunkiem jest twoja zgoda. Bez niej nic nie zrobimy.- próbował mnie uspokoić. Moja twarz musiała wyglądać na bardziej przerażoną niż myślałam, bo mówił to jakby tłumaczył siedmioletniej dziewczynce, że potwory nie istnieją. One jednak istnieją, są schowane w ludziach i nie tylko ludziach. Przez lata zmieniła się definicja „potwora” przynajmniej w moim rozumowaniu.
- Skoro trzeba… Byle nie dzisiaj. Za dużo wspomnień wróciło, muszę odpocząć. Jutro.
- Skoro tak mówisz. W takim razie ja już pójdę, muszę jeszcze dzisiaj się deportować do Georga, podobno są jakieś problemy z Angeliną.- mówiąc to wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą ze zmartwionym blondynem.
- W takim razie opatrzę te ranę, dobrze?
- Dobrze.- zacisnęłam zęby, gdy tylko dotknął ręki, był bardzo delikatny, ale rana boleśnie głęboka i otwarta.
- Muszę ja zszyć. Inaczej może się jeszcze bardziej pogłębić.
- Rób, co trzeba.
Spróbował usunąć krew magią, ale jak zwykle się nie udało. Musiał więc, radzić sobie wacikami i innymi przyrządami, co tylko spotęgowało ból. Starałam się nie płakać i nie wrzeszczeć, skończyło się na to, że wręcz skamlałam, jak ranny pies. Dopiero wtedy wziął się za szycie. Na szczęście dało się zaczarować igłę, by zrobiła to sama. Widać było, że Draco nie ma w tym wprawy. Gdy już rana przypominała wyglądem dawną szlamę, zawinął rękę w bandaż. Wiedziałam, że zaraz znowu zacznie krwawić, a to błogie uczucie okaże się ulotne. Nie ma tak dobrze.
- Masz wypij to.- powiedział podając mi eliksir słodkiego snu.- Pomoże ci zasnąć i koszmary przynajmniej na jedną noc dadzą ci spokój.
- W porządku.- zaczął iść w stronę wyjścia, gdy nagle dodałam- zostaniesz ze mną?
- Jeśli tego chcesz.- ja po prostu chciałam czuć się bezpieczna, a on mi to poczucia dawał, a z resztą chciałam jeszcze o coś spytać.
Usiadł na łóżku i wpatrywał się we mnie.
- Czemu wtedy powiedziałeś mi, że z Harrym wszystko okay. Jaka zdzira nie żyję?
- Przez cały czas trwania ataku, krzyczałaś coś w stylu „Nie, Harry”, ”Nie umieraj”, „Bellatriks zostaw mnie”, „Przestań to boli” i temu podobne. Myślałem, że wiesz co krzyczysz, chciałem cię uspokoić, udowodnić, że wszystko jest w porządku.
- Nie zdawałam sobie sprawy, co krzyczę. Byłam wtedy, jakby obok siebie, jakby były dwie mnie.- opowiedziałam mu wtedy, jak dokładnie się czułam, a nie było to miłe uczucie.
- To wręcz niemożliwe. Ale jak?- wręcz mamrotał pod nosem.
- Możemy porozmawiać, o czymś przyjemniejszym. Nie chce już tego wspominać.
- Oczywiście, przepraszam, nie pomyślałem, ale najpierw łyknij ten eliksir.
- Chyba sobie odpuszczę, jestem tak padnięta, że na pewno zasnę, a moja krtań jest teraz żywym ogniem.- chciałam jeszcze poruszyć parę innych kwestii- Draco, czemu płakałeś, gdy miałam ten atak? To mnie „obudziło”, więc nie udawaj.
- Wtedy, przez pewien moment- zrobił krótką pauzę- miałem wrażenie, że to znowu ona cię torturuje. Chciałem to zakończyć. Obiecałem sobie, że już nigdy nie będę patrzeć bezczynnie, gdy będą cię- kolejna dziwna pauza- znaczy, kogokolwiek torturować. Ja już nie chcę być tym złym!- ostatnie słowa wręcz wykrzyczał. Intensywnie wpatrywałam się w jego głębokie smutne, aż do bólu źrenice. Zawsze widać w nich smutek, ZAWSZE. Jednak teraz prócz niego dostrzegłam poczucie winy i tak często spotykany u ślizgonów, strach, ale tym razem nie tchórzliwy, a mocny, intensywny strach przed jutrem, przed przyszłością. Coś o tym wiem, może nawet więcej niż coś. Codziennie zastanawiam się nad przyszłością, ale i przeszłością. Wciąż wyłapuje swoje błędy, które w większości zaowocowały śmiercią moich przyjaciół, towarzyszy, rodziny… Kolejny raz dochodzę do tego samego wniosku: ja i Draco jesteśmy do siebie bardzo podobni, przynajmniej teraz, po wojnie. Obejmuje jego twarz i przyciskam moje czoło, do jego:
- Ja wiem, że chcesz być dobry. Ja też tego pragnę, ale to nie takie proste. Pomogę Ci ułożyć Twoje życie, jeśli ty pomożesz mi w moim. We dwójkę będzie raźniej… i ty i ja tego potrzebujemy.- wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam- Osoby, która nas zrozumie. Ja Cię rozumiem i wiem, że ty mnie też.- po czym przytuliliśmy się do siebie, jakbyśmy byli przyjaciółmi, którzy spotkali się po latach rozłąki. Oboje płakaliśmy, ale nie ze złości, czy smutku, a z ulgi, że nie jesteśmy sami. Wtedy odkryłam, co mnie bolało przez ostatnie dni, a może nawet tygodnie: samotność. Czułam się niezrozumiana, Ron wciąż powtarzał jaka jestem odważna, mądra, silna, wciąż ten sam bełkot, a ja wcale się nie czułam ani mądrą, ani odważną, a co dopiero silną. Draco, zaś nigdy mnie nie pocieszał mówiąc, jaka jestem to ja nie jestem super, on tylko wyjeżdżał z tymi wszystkimi szczęśliwymi wspomnieniami, gdzie to ja byłam górą, albo moi przyjaciele. Zastanawiałam się skąd on tyle ich wytrzasnął, a potem zdałam sobie sprawę, że każde szczęście szlamy, Wybrańca i rudego, było nieszczęściem Dracona i jego wiernych sługusów…
- Hermiona, dziękuje Ci za… wszystko. Gdyby nie ty już dawno gdzieś bym się zachlał, albo sam siebie potraktował Cruciatusem, aż do szaleństwa.
- Ja już dawno skoczyłabym przez to zapchlone, zbyt nisko umieszczone okno, albo wykitowała z rozpaczy.- pierwszy raz od dawna uśmiechnęłam się nieśmiało, zaś Draco lekko się zarumienił i zaśmiał.
- Oj tak, tak… co byś ty beze mnie zrobiła Mionko.- nie wiem, co nas wzięło na te żarty. W takiej chwili było to bardzo niepoważne, ale cóż tego nam było trzeba.
Przez następne dwie godziny wspominaliśmy hogwardzkie czasy i naśmiewaliśmy się z siebie nawzajem. Wiem, że nigdy nie brakowało mi wokół siebie przyjaciół i życzliwych ludzi, ale z nim czułam się taka beztroska.
- Myślę, że powinnaś pójść już spać. Dobranoc.- ucałował mnie w czoło i ponownie skierował się do wyjścia.
- A ja myślę, że ktoś powinien otulić mnie do snu i odganiać wszystkie złe potwory, gdy biedna Hermionka będzie spać. – po wypowiedzeniu tych słów, pożałowałam. Czemu ja jestem taka nachalna i nie pomyślę, zanim coś powiem?!
- Skoro biedna Hermionka potrzebuje „tlenionego rycerza” to nie widzę innego wyjścia.- znowu usiadł na skraju łóżka, a ja ZNOWU rozpoczęłam nachalną gadką.
- W takiej pozie to ty się nie wyśpisz, rycerzu. Połóż się koło swojej biednej Hermionki.- ugryzłam się w język.
- Skoro biedna Hermionka tak twierdzi.- położył się koło mnie, a ja położyłam głowę, na jego rytmicznie podnoszącej się i podającej klatce piersiowej. On głaskał moje włosy, a ja odpływałam w nieznany świat Morfeusza.
***
Tej nocy spałam spokojnie, obudziłam się na poślinionym, niestety przeze mnie, podkoszulku Dracona. Ten wpatrywał się we mnie swymi stalowo-niebieskimi tęczówkami, znowu zaczęłam rozmyślać nad tym, jaka to jest niespotykana barwa, gdy zdałam sobie sprawę z paraliżującego bólu ręki. Wiedziałam, że nie mam już odwrotu muszę wziąć Amortencję, ból stał się już nie do zniesienia.
- Dzień dobry biedaku. Zmienię Ci opatrunek. Jakieś 10 minut temu usłyszałem deportacje Rona, więc myślę, że za jakieś pół godziny powinniśmy podać Ci już Amortencję.- po czym wziął się za odwiązywanie zakrwawionych bandaży. Nie jestem pewna, czy dałabym się opatrzyć komu innemu. Szczypało, piekło, kłuło, każdy rodzaj bólu znajdował się w tej jednej cholernej ranie. Gdy już skończył w końcu się odezwałam:
- Idź już po Rona i Amortencję, chcę mieć już to za sobą.- mówiłam szczerą prawdę.
- Nie tak szybko. Najpierw musisz coś zjeść. Nikt nie wie, jak Twój organizm zareaguje na tak silny eliksir. Ten jest o wiele silniejszy od tego, który sprzedają Fred i George, znaczy… ekhh przepraszam, George.- i znowu wspomnienia. Ta jego wiecznie uśmiechnięta twarz. Mało ludzi wiedziało, ale kochałam go. Kochałam jego poczucie humoru, jego śliczne brązowe oczy, ten jego lekko krzywy uśmiech. Zawsze umiał mnie rozbawić, a zarazem wkurzyć. Jego pomysłowość, lekkomyślność, poczucie humoru i talent do interesów było idealnym połączeniem. W swoim życiu kochałam niewielu chłopaków, ale żadnego z nich nie przestałam kochać, cząstka mnie należy do każdego z osobna już na zawsze. Krum, pierwszy chłopak, dużo ludzi stroiła sobie z nas żarty, nawet w gazetach. Nigdy nie zapomnę tego jakże trafnego żartu Georga:
„Co robią świnie w chlewie jeżeli przyjdzie tam Hermiona?
- Krum krum krum krum krum krum...”
Sama się zdziwiłam, ale śmiałam się wtedy, aż do mocnego bólu brzucha. Wtedy pierwszy raz zauważyłam rumieńce Freda, no i tak to się zaczęło. Był wtedy przy mnie taki nieśmiały, nasz pierwszy pocałunek był, jak z bajki. Wszystko BYŁO, jak z bajki, gdy powiedział w końcu, że nie możemy już być razem. Oczywiście ze względu na Rona, nie chciał rozbijać rodziny, a już nawet pani Molly zaczęła się denerwować. Wiem, że to dziwne i okropne, ale potem byłam z Ronem, można powiedzieć, że raczej z litości, ale kochałam go i kocham nadal…
- Hermiona, kurwa! Znowu odpłynęłaś?!- potrząsał mną bardzo zaniepokojony Ron.
- Przeprasza, przepraszam!- wykrzyczałam ze łzami w oczach.- Ile tym razem?
- Mniej niż ostatnim razem, jakieś dwie minuty, i tym razem łzy ciekły ci po policzkach, jakbyś naprawdę głęboko cierpiała.- westchnęłam, znowu Draco musiał patrzeć na moje nieme cierpienia.
- Daj mi już te Amortencję.- podszedł do mnie Draco, rozchyliłam usta, a on zaczął wlewać słodki napój do moich ust. Przełknęłam głośno. I nagle zobaczyła go, to był Fred, mój piękny Fred.
- Fred! Dzięki Bogu, ty żyjesz.- po czym siarczyście go ucałowałam.- już myślałam, że przepadłeś, ale ja wiedziałam, wiedziałam!- nie chciałam go wypuścić z mocnego uścisku, tak bardzo go kocham i tak bardzo za nim tęskniłam.
- Hermiona, ale ja jestem Draco…- wydukał, widać jeszcze nie mógł się pozbierać po tak namiętnym pocałunku.
- Oh ty mój żartownisiu. Mógłbyś przestać żartować chociaż na 5 minut.- i kolejny pocałunek. Byłam zdziwiona, że na niego nie odpowiadał, ale to nie było ważne. Ważne było te, że przeżył i nic mu nie jest.
- Ron musisz powiadomić Georga. Jezu, jak on się ucieszy. Fred, nawet nie masz pojęcia, jak wszyscy tęsknili.
***
Czwarty rozdział już dłuższy, tak jak obiecałam. Dziękuje, że jest wasz aż tylu. Następny rozdział ma już jedną stronę, więc trzymajcie kciuki.
Coś Ci się nie podobało, albo podobało? Zostaw po sobie komentarz. Uczę się na błędach, a że jestem początkująca pewnie mam ich mnóstwo.
[1] W moim
opowiadaniu amortencja, ma trochę inne właściwości niż te, które podaje sama
autorka. Chociażby, zauroczenie trwa tylko tydzień, jeśli nie poda się kolejnej
dawki. Chłopak może go podać dziewczynie (nie do końca było wyjaśnione, czy to
dozwolone. W większości przypadków to dziewczyny podawały go chłopcom).
Co robią świnie w chlewie jeżeli przyjdzie tam Hermiona?
OdpowiedzUsuń- Krum krum krum krum krum krum...
Hahahhaha, kocham :D Ty to masz wenę i do żartów i do świetnego pisania, nic tylko zazdrościć. Trafiłam tu z grupy i jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona. Nie rozumiem czemu jeszcze nie masz tłumu czytelników, ale to chyba tylko kwestia czasu :)
Jestem wdzięczna za każdy komentarz. Nawet nie Wiesz jak czekałam na pierwszy. Dziękuję za pochwałę i osobiście też kocham ten żart, dlatego go tu zamieściłam :) i mam nadzieję, że czytelników z czasem przybędzie :D
UsuńNo! I o to mi chodziło! ;3 Piszesz coraz lepiej! <3
OdpowiedzUsuńOby tak dalej! ;))
Żart z Krumem mnie rozwalił xd Masz świetne poczucie humoru ;))
Toś mnie zaskoczyła na koniec :D Nie spodziewałam się tego xd
Pisz dalej ;**
P.S. Zapraszam na moje blogi ;))
P.S2. Zapraszam do przyłączenia się do naszego nowo powstałego Stowarzyszenia - tam zareklamujesz swojego bloga! ♥ http://stowarzyszenie-ksiecia-polkrwi.blogspot.com/
~Chriss
Dzięki! Z każdym rozdziałem coraz lepiej piszę, co znaczy, że uczę się na błędach ;) Chętnie wpadnę na blogi, a także zapisze się do stowarzyszenia ;D
UsuńSuper! Coraz fajniejsze rozdziały :)
OdpowiedzUsuńDzięki! Staram się :D
Usuń