ROZDZIAŁ 6

Co ty wygadujesz? Nasze życie nigdy nie będzie normalne. Zbyt dużo się stało i pewnie jeszcze stanie. Nigdy nie będziemy bezpieczni i nie wolno nam się załamywać, musimy się wciąż nawzajem chronić. Może wojna się skończyła, ale walka nie. Zawsze będziemy walczyć, zawsze…
                                                                           - Harry Potter


- Ginny?- starałam się mówić bardzo spokojnie.
- Odejdź stąd! Ty, ty też jesteś tym czarodziejem. Ja to wiem! Odejdź natychmiast.- każde słowo wykrzyczała zza drzwi pokoju. Udało nam się ją przeprowadzić na Grimmlaud Place. Nora nie była odpowiednim miejscem. Mimo wszystko tutaj jest mniej magii. Dostała pokój na piętrze, naprzeciwko mojego. Dom był skromnie urządzony, no i był wyczyszczonych z wszelkich czarno magicznych rzeczy. Udało nam się nawet poskromić portret matki Syriusza. Wystarczyło, jakieś 10 litrów mocnego kwasu i uciekła z „okropnego domu”, do jakiegoś innego jej portretu, dawno nie odwiedzanego. Reszta „domowników” również postanowiła się przenieść, więc przynajmniej z tymi wkurzającymi bohomazami był spokój. Spróbowałam ponownie:
- Ginny, nikt ci nie zrobi krzywdy, zwłaszcza ja. Jesteśmy przyjaciółkami. Nie masz się czego bać.
- Akurat. Ty byłaś najlepsza w tym czary mary, nie udawaj.
 
Zrezygnowałam na dzisiaj, już pół godziny sterczałam pod drzwiami, a ona wciąż to samo. Mówią, że potrzeba cierpliwości i jakiegoś cudu. Ja w cuda nie wierze, ale za to cierpliwości mi nie brakuje. Harry jest tu bardzo często, stara się z nią rozmawiać przez drzwi, bo nikogo nie wpuszcza do środka, prócz Draco… Państwo Weasley również często nas odwiedzają, ale zwykle są to krótkie wizyty, głównie do Ginny. W domu znowu zrobił się tłok. Przeprowadzam wiele sztucznych rozmów, z ludźmi z którymi zawsze byłam w stu procentach szczera. Czemu wojna tak bardzo zmienia ludzi? 
Zawsze uważałam się za odważną, nieugiętą, charyzmatyczną. Teraz ani odważna, ani nieugięta, ani charyzmatyczna… Wszystkie moje gryfońskie cechy poszły na, obawiam się że, wieczny spacer. Mam wrażenie, że cała ta sprawa z Voldemortem najmniej dotknęła Harry’ego, chociaż co ja wygaduję, po prostu on się nie załamał. On wykonał swoje zadanie, ale to nie znaczy, że nie stracił wiele. Przez całą wojnę (bo zaczęła się ona już w dniu jego narodzin, a może nawet i wcześniej) stracił całą rodzinę. Urodził się po to, aby zginąć… Mimo to walczył i przeżył. Każda bitwa, każde starcie z Voldemortem pozostawiła na nim wiele śladów, nie tylko błyskawice na czole…

Z tym, że on zaczął zmieniać się już wcześniej… Już w szkole bardziej interesował się Voldemortem i tym, jak go pokonać niż nauką. Może i nie był wychowany w duchu walki, ale gdy tylko dowiedział się prawdy o śmierci swoich rodziców, chciał się zemścić i od tamtej pory stał się największym wrogiem tego-którego-imienia-nie-wolno-wymawiać, od 11 roku życia. Był przygotowany na wojnę, nie bał się śmierci, walczył nie tylko dla siebie, ale głównie dla innych. Mimo to, że tyle stracił wciąż nawiedzają go złe rzeczy. Teraz problemy z Ginny, a co potem? Wojna już się skończyła. Razem z nią powinny się skończyć te pieprzone dramaty. Harry jest i był moim idolem, przeżył to wszystko, a i tak się nie załamał. Wciąż się trzyma, jestem ciekawa na jak długo. Dzięki niemu moje życie wygląda tak, jak wygląda i mimo to, że nie jest usłane różami, cieszę się że to wszystko przeżyłam. Gdybym miała wybierać jeszcze raz, zrobiłabym wszystko tak samo, co nie znaczy że nie żałuje niektórych decyzji. Mimo wszystko były one nieuniknione.

***

- Harry, jak myślisz co z nią będzie?- spytałam. On nic nie wiedział o moich „problemach” nie było sensu go wtajemniczać. Ma wystarczająco swoich.
- Wyzdrowieje. Ja to wiem, trzeba tylko czasu. Ona się przełamie. Zobacz, coraz lepiej dogaduje się z rodzicami. Ostatnio nawet gadali o dzieciństwie. Znaleźli jakieś niemagiczne wspomnienie. Ze mną też już coraz lepiej, gdy ostatnio powiedziałem, że ją kocham, nie wydzierała się tak jak ostatnio. Tylko prychnęła. Widzisz? Jest coraz lepiej.- w oczach miał tyle nadziei… Te małe zmiany w Ginny, mam wrażenie że brały się bardziej z jej zmęczenie niż poprawy stanu zdrowia, ale on zawsze był optymistą. Mimo to w większości spraw zwykle był to raczej poprawny optymizm, więc czemu nie teraz?
- Możesz mieć rację. Mnie jeszcze przeklina, ale gdy Draco przynosi jej jedzenie, może u niej zostawać. Wydaję mi się, że ma z nim mało czarodziejskich wspomnień. Raczej zwykłe kłótnie itd. To może wróżyć jedynie dobre rzeczy.- zastanawiało mnie, dlaczego on? Starałam się sobie tłumaczyć to w ten sposób, ale może to dlatego, że to on najbardziej się zmienił, to on zmienił się na lepsze.
- Z Ronem wcale nie chce rozmawiać. Gdy tylko usłyszy jego głos, zaczyna płakać, a raczej wyć, ryczeć…- w jego oczach można było dostrzec głęboki smutek. Winił się za to, co jej się stało. To on był na miejscu. Żadne tłumaczenie mu tego, że nie on jest winny, a Śmierciożercy, nie pomaga. Nie dopuszcza do siebie tej myśli.
- Współczuje ci. Wiem, jak boli cię to, że nie możesz jej nawet dotknąć, a co dopiero przytulić. Musisz być cierpliwy. Obiecuję ci, że to wszystko się skończy i będziemy mieli normalne życie.- sama nie do końca w to wierzyłam, ale trzeba było go pocieszyć.
- Co ty wygadujesz? Nasze życie nigdy nie będzie normalne. Zbyt dużo się stało i pewnie jeszcze stanie. Nigdy nie będziemy bezpieczni i nie wolno nam się załamywać, musimy się wciąż nawzajem chronić. Może wojna się skończyła, ale walka nie. Zawsze będziemy walczyć, zawsze…- i znowu pełno w tym „zawsze” i „nigdy”. Tutaj jednak Harry nie składał obietnic nie do spełnienia. Tu mówił całą prawdę i trzeba ją przyjąć na klatę. Strasznie żałuję, że czasami brak mi sił, ale ja już nawet nad tym nie panuje. Mój mózg robi ze mną co chce. Często wracają koszmarne wspomnienia, nie mam snów tylko koszmary, często „zamykam się w klatce”, no bo niby czemu nie. Wtedy nic nie słyszę, ani nie widzę, nic do mnie nie dociera. Choćby mną trzęśli, bili, oblewali wodą, będę siedzieć w takim stanie póki wspomnienia nie odejdą, albo póki nie przytłoczy mnie rzeczywistość.- zawsze…- po czym się rozpłakał. Zdołałam jedynie go przytulić i sama wybuchnęłam płaczem.
- Co się z nami dzieje, Harry? Ja nie chce już nikogo tracić. NIKOGO!- siedzieliśmy tak przytuleni do siebie dobrą godzinę, kiedy zrozumiałam, że zaraz znowu popadnę we wspomnienia. Tak postanowiłam nazwać swoją chorą przypadłość, skoro ma nazwę można z tym walczyć, prawda?
- Harry weź się w garść. Może dzisiaj ty zaniesiesz Ginny kolacje?- starałam uśmiechnąć się pocieszająco, ale wyszedł mi jedynie dziwny grymas twarzy.
- Wolę, żeby Draco to zrobił. To dziwne, ale ona się go nie boi. Pomimo tego, że kurwa to go powinna się bać najbardziej!- cały zapłakany zaczął walić pięścią w pobliską ścianę. Na nieszczęście była to ściana pokoju Ginny. Musiała się przestraszyć, bo zaczęła krzyczeć i okropnie płakać.
- Odejdźcie stąd! Nie chcę was znać! Wynoście się albo mnie wypuście z tego zapyziałego więzienia. Słyszycie?!- krzyczała coraz głośniej. Miałam wrażenie, że Harry zaraz całkowicie się załamie. Wybiegł schodami, po czym otworzył drzwi wejściowe i zamierzał wyjść, jednak w drzwiach stał Draco, który właśnie wchodził do domu. Harry próbował się przepchnąć, ale blondyn nie pozwolił mu wyjść i wręcz wepchnął do domu.
- Co ty sobie wyobrażasz, Potter? Nie wolno tak wybiegać z domu. Co się stało, czemu Ginny znowu ma atak?- spojrzałam na Harry'ego, który był w tak opłakanym stanie, że mógłby paść trupem na miejscu. Mój wzrok przeszedł na blondyna, który teraz właściwie trzymał wybrańca w ramionach, nie pozwalając mu upaść.- Hermiona co się stało?
- Mały wypadek.- nie chciałam mu wyjaśniać całej tej dość nieprzyjemnej sytuacji, zrobię to później.- Jak tylko Ginny się uspokoi, musisz jej zanieść coś do jedzenia. Musi być strasznie głodna, a tylko od ciebie przyjmuje posiłki.- uśmiechnęłam się delikatnie, na tyle ile było mnie stać.
- Oczywiście. Choć Potter, powinieneś się położyć.- po czym zaczął zmuszać go, by wszedł powrotem po dość stromych schodach.
Poszłam przygotować kolacje, nie tylko dla Ginny. Usmażyłam po dwa naleśniki na domownika i polałam je dżemem truskawkowym. Mnie i Draconowi zrobiłam kawę, Harry'emu melisę, a Ginny jej ulubione kakao. Prostym zaklęciem kazałam tacom polecieć za mną. Tacka Ginny wylądowała na stoliku niedaleko jej pokoju, zaś Harry'ego wzięłam w ręce i zaniosłam o własnych siłach do jego sypialni.
- Mam coś dla ciebie, Harry. Wiem, jak lubisz naleśniki, więc zrobiłam dla każdego.- niemal nie opuściłam tacy. Harry wyglądał, co najmniej, jak po bitwie o Hogwart. Miał pocięte ręce i twarz, a do tego leżał sparaliżowany. Draco, również nie wyglądał najlepiej, miał wiele ran, w ręce trzymał różdżkę i mały myśliwski nóż.
- Draco? Co tu się stało?- wydusiłam z siebie.
- Wyjął skądś nóż. Zaczął się ciąć, gdy próbowałem mu go zabrać i ja dostałem. To wszystko stało się w sekundę. Musiałem go sparaliżować. Nie wiem, co temu odbiło, ale jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie go oddać do Munga.- włosy miał zlepione od krwi, dostał też w czoło. Jego głos był, jak zwykle opanowany i rzeczowy, ale w oczach widać było iskierki po niedawno przebytej „walce”.
- Nawet tak nie mów, Draco! Nie oddaliśmy Ginny to i jego nie oddamy…- wiedziałam, że gdyby zabrali Ginny prędko by jej nie oddali. Może to było samolubne, ale wolałam mieć ja blisko siebie.
- Granger, czy ty do cholery nie widzisz, że z tego się robi pieprzony szpital psychiatryczny? I ja tylko jeden normalny, chociaż może też nie do końca, mam się wszystkimi opiekować.- z jego stalowoniebieskich tęczówek kipiała złość.
- Ja, ja wiem, że nie jest łatwo, ale…- czyli jednak robi to jedynie z cholernych wyrzutów sumienia, dobrze że je chociaż ma- Wiesz co? Nie musisz się opiekować nikim, zwłaszcza mną. Damy sobie radę, chociaż z Ginny będzie ciężko. A mną w ogóle się nie martw, rozumiesz? WCALE! Nie potrzebuje niańki.- moje oczy zrobiły się mokre od łez, ale powstrzymałam się, nie mogę mu pokazać, że jestem słaba.
- Jak sobie życzysz, Granger.- mówił zadziwiająco spokojnym tonem, jak za dawnych lat, a ja myślałam, że się zmienił.- Gdzie jedzenie dla Ginny? Zaniosę jej.
- Na stoliku, obok jej drzwi. Powodzenia.- prychnęłam.
- Zajmij się lepiej Potterem.- rzuciłam odpowiednie zaklęcie i Harry usiadł, jak postrzelony piorunem.
- Hermiona, ja, ja nie wiem. Przysięgam. Ja straciłem kontrolę, ja naprawdę nie chciałem mu tego zrobić.- z jego oczu tryskały fontanny łez, a wzrok był jakby obłąkany.
- Ja wiem, uspokój się.- podałam mu tacę z jedzeniem- Zjedz póki ciepłe.
- Ty wszystko wiesz!- wykrzyczał, lekko się wzdrygnęłam. Przecież chciałam dobrze. Czy on też wariuje?- Znaczy, przepraszam. Dziękuje.
Zabrał się za jedzenie. Powiedziałam mu, ze wrócę za pół godziny i potowarzyszę mu. Tak naprawdę chciałam użyć słów poobserwuje, popilnuje, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Poszłam pod pokój Ginny. Drzwi były uchylone, a Draco właśnie starał się rozpocząć z nią rozmowę Stanęłam z boku i zaczęłam się przysłuchiwać.
- Jak się czujesz, Ginny?- spytał zatroskanym głosem.
- Jak zawsze, czyli dobrze. Tylko nie rozumiem po co mnie tu trzymacie? Ja nie chcę mieć nic wspólnego z tymi czarodziejami.
- Ale oni cię kochają. Nie pamiętasz?
- Pamiętam tylko te dziwne czary z patykami. Wiem, że ich znałam, ale te czary…
- Mnie nie pamiętasz wcale?
- Ależ pamiętam. Wciąż się z nimi kłóciłeś i wyzywałeś.- nie widziałam jej twarzy, ale w głosie można było dosłyszeć podziw.
- W sumie, masz rację.- westchnął.- Posłuchaj. Zrobiłem w życiu wiele złych i głupich rzeczy, nie powtarzaj po mnie tych błędów. Jeśli nie chcesz mieć nic do czynienia z ludźmi, którzy cię kochają to powinnaś się zastanowić z kim chcesz mieć w ogóle do czynienia.
- Ale… ale- jej głos się załamał.- oni są straszni. STRASZNI, rozumiesz?
- A od kiedy ty się boisz strasznych rzeczy? Nie taką cię zapamiętałem. Wcinaj naleśniki i przemyśl to, co ci powiedziałem.- zaczęłam odsuwać się od drzwi, nie chciałam być osądzona o podsłuchiwanie, to jest warte Ślizgona.
- Zaczekaj- krzyknęła- Znaczy, zaczekaj.- powiedziała już spokojnie.
- Słucham?- mówił bardzo uprzejmym tonem.
- Ja się Tobie zwierzałam. Teraz ty. Muszę mieć pewność, że mnie nie wykorzystasz.
- Nie mam o czym się zwierzać.- powiedział z lekkim zawodem, a może mi się tylko zdawało.
- Ależ masz. Ta, ta Hermiona to…- przerwała.- Ty ją kochasz prawda?
- To, to chyba za dużo powiedziane.- odpowiedział zmieszany, po czym od razu dodał- A z resztą, co cię to obchodzi, co?
- Ja słyszę, jak rozmawiacie, a ona w nocy, czasami, krzyczy twoje imię. Wtedy, prawie zawsze się budzi… i płacze.- na następny dzień rzuciłam na nie zaklęcia wyciszające, już nie potrzebuje pomocy.
- Co? To niemożliwe, musiało Ci się przesłyszeć, dzieli was wiele ścian…- wybełkotał.
- Ależ oczywiście, że mi się nie przesłyszało. Ja i tak swoje wiem, ty ją kochasz, a ona Ciebie, a wy nic z tym nie robicie.
- Nawet jeśli…- wykrzyczał.- To nic z tego nie będzie, ona ma problemy, ma straszne wahania nastrojów… Ja co najwyżej pomogę jej się z tym uporać. Z resztą ja nie zasługuję, na żadną miłość, byłem Śmierciożercą. Zabiłem wielu niewinnych ludzi. To mnie powinnaś się bać, a nie ich…- silił się na spokojniejszy ton, ale mało z tych starań wynikło- Przemyśl to co ci powiedziałem, dobranoc.- wyszedł z pokoju z prędkością światła, a może powinno się mówić z prędkością Ślizgona…
- Co do? Hermiona? Co ty tu robisz, czy wy wszyscy musicie na mnie dzisiaj wpadać?- czemu nie uciekłam, no czemu?
- Musimy pogadać. U mnie w pokoju mamy kolacje. Pewnie jesteś głodny.- starałam się być miła. To był ciężki dzień dla nas wszystkich… Padło wiele nie potrzebnych słów i czy ja dobrze usłyszałam? Czy on się przyznał do jakichkolwiek uczuć, i to do tego w stosunku do mnie?

Opowiedziałam mu dokładnie, czemu Ginny miała dzisiejszy atak.
- To już rozumiem czemu Potter był taki zły…
- Właśnie Potter… O kurde zapomniałam. Obiecałam, że posiedzę z nim w nocy.- kompletnie wyleciało mi to z głowy. Jak mogłam zapomnieć o czymś tak ważnym.
- Jesteś pewna? Jeśli chcesz ja mógłbym…- zaczął.
- Jestem pewna. Z resztą w nocy i tak źle śpię. Najwyżej kimnę się u niego na fotelu.- w nocy zawsze mam koszmarny. Często śni mi się Fred, dokładniej mówiąc martwy Fred, a koło niego ja… bo ja też powinnam zginąć. Równie często śni mi się, że ktoś krzywdzi Harry'ego, Ginny no i Dracona… to on zwykle w nich umiera.
- Hermiona!- ktoś krzyknął.
- Przepraszam zamyśliłam się, co mówiłeś?
- Że zaczynam się martwić o ten nasz psychiatryk. Ty odpływasz, Potter ma napady agresji, a Ginny boi się was wszystkich.- patrzył mi w oczy, a ja starałam się nie myśleć o tym, jaki on jest przystojny.
- Masz rację, ale mną się nie przejmuj. Poradzę sobie, jest coraz lepiej.- siliłam się na stanowczy ton. Jest lepiej, ale do zdrowia daleko. Harry mówił, że nie wolno nam się załamać, po czym sam to zrobił, ale to nie ważne. On miał racje, muszę się trzymać, a przynajmniej sprawiać takie wrażenie.
- Ja tam swoje wiem. Mnie nie musisz oszukiwać i nie radzę ci tego robić. Wiem, że jestem.. byłem Ślizgonem, ale szczerość przede wszystkim, zwłaszcza od Gryfona.- miał racje, ale nie chce go zadręczać.
- Mimo wszystko mną się nie przejmuj. Musisz mi pomóc głównie z Ginny, bez ciebie nie damy rady.- musiałam za wszelką cenę ukryć to, że podsłuchałam ich rozmowę. Powinnam wcześniej się wycofać.
- Mieszkam tu, to pomogę. Nie martw się, ona wyzdrowieje. Jest naprawdę lepiej.- był taki troskliwy… Zupełnie nie jak poprzedni Draco Malfoy.
- Mam taką nadzieję.- w moich oczach zaszkliła się łza. Przełknęłam ją… nie mogę płakać przy ludziach. Jednak nie uciekło to uwadze blondyna.
- Hermiona nie trać nadziei. To jedyne, co może nas utrzymać przy życiu. No może jeszcze wiara i miłość… W to wierzą mugole, nie? Jakieś tam trzy cnotki?
- Cnoty Malfoy, cnoty…- poprawiłam go.
- No właśnie. Wiara, nadzieja, miłość. Nie wiem, jak oni to rozumieją, ale jak dla mnie: wiara w cuda, nadzieja w lepsze jutro i miłość, tego to chyba nie muszę tłumaczyć.- lekko się zarumienił, ale jak zwykle był poważny. Nigdy nikogo nie pocieszał, no może z wyjątkiem mnie, ale wtedy raczej nie byłam wymagająca, więc nie wychodziło mu tu najlepiej. Grunt, że próbował.
- Nie, Draco, nie musisz, ale ja za to muszę iść do Harry'ego. Odniesiesz te talerze?
- Jasne.- szczerze się uśmiechnął. Rzadko to robił, on też ma problemy, jak każdy. Muszę sprawić, aby częściej się uśmiechał, tak prawdziwie z tym mu do twarzy.

***

- Jeszcze nie śpisz?- zapytałam wpół leżącego Harry'ego.  Jego pokój, tak jak wszystkie był skromnie urządzony. Dwa fotele, stolik do kawy i wielkie łóżko na środku pokoju. Po lewej jego stronie było szerokie okno, w które kurczowo się wpatrywał.
- Nie.- ocknął się.
- Masz wypij eliksir dobrego snu. Będzie ci się lepiej spało.- podałam mu niewielką buteleczkę.
- Dzięki.- wypił jej zawartość i położył się. Zgasiłam wszystkie światła i usiadłam na fotelu. Wiercił się przez sen, może nawet więcej niż wiercił.
- Harry! Obudź się to tylko zły sen. Harry. Harry!- próbowałam nim potrząsnąć, ale wtedy złapał mnie za ramię. Jego palce wpijały się w moją rękę, chciałam się wyrwać, ale był za silny.- Harry! Puszczaj!- wpatrywał się we mnie pustymi oczami, jakby był opętany, albo znowu siedział w myślach Voldemorta.
- Nigdy.- wychrypiał. Przeniósł swoją dłoń na moją szyję. Zaczęłam krzyczeć. Nie mogłam nic zrobić, różdżka leżała na fotelu, a on był naprawdę silnym mężczyzną, znowu wojna.
Do pokoju wbiegł Draco zaniepokojony krzykami. Natychmiast rzucił jakieś zaklęcie i Harry padł, jakby martwy, ale zielone światło nie błysło, więc żyje. Upadłam na podłogę, przed oczami miałam mroczki, a w płucach zero powietrza. Zauważyłam jedynie zapalające się światło i pochylonego nade mną blondyna, po czym odpłynęłam. Jednak tym razem nie we wspomnienia…

***


- Malfoy, dobrze wiesz, że ja nie chciałem jej tego robić. To nie byłem ja, przysięgam.
- Wierzę ci, przecież. Kogo, jak kogo ale jej to byś nie zranił celowo. Bardziej martwi mnie to, że jak nie ty to kto? Voldemort nie żyje, na pewno, więc on odpada.
- Czy ty możliwe, żeby jakiś śmierciożerca był na tyle silny? Bez urazy, ale większość nie jest zbyt rozgarnięta. Przecież sam wiesz najlepiej.
- Właśnie wiem… ale chyba znam jednego, a raczej znałem zginął w bitwie o Hogwart, go także trzeba wykluczyć.
- Hermiona? Obudziłaś się?- w głosie Harry'ego słychać było zmartwienie i porażające poczucie winy. Zdołałam jedynie pokiwać głową. Tak naprawdę nie chciałam na niego patrzeć. Przez cały czas kiedy byłam nieświadoma widziałam te, nie jego, puste, wściekłe oczy. Próbowałam sobie wmówić, że wcale się go nie boję, ale nie wiem czy to była prawda. Pod powiekami poczułam łzy, ale wciąż pamiętałam daną sobie obietnicę: „nie okazywać słabości przy ludziach”.
- Potter myślę, że powinieneś wyjść.- w głosie blondyna nie słychać było pogardy, a jakąś dziwną nutkę zwątpienia, tak u niego rzadką.
- Hermiona, przepraszam.- zdołał wydukać i wyszedł.
- To nie był on. Ktoś go chyba opętał, albo coś podobnego. Nie uwierzę, że to był on.- znowu powrócił zdecydowany ton.
- Ja wiem, ale byłam pewna, że umrę… znowu byłam tego pewna.
- Coś ostatnio mi się wydawało, że się nie boisz śmierci, wręcz przeciwnie.- powiedział z lekką kpiną.
- Draco…- wyszeptałam, bo nie chciałam by usłyszał smutek, czy strach w moim głosie.
- Przepraszam, to nie było raczej na miejscu.- spojrzałam w jego oczu. Były pełne niepokoju i tej cholernej troski. Niech przestaną się o mnie troszczyć. Nie chcę tego, nie potrzebuje!
- Przestańcie mnie w końcu wszyscy przepraszać. Odejdź z łaski swojej, jestem zmęczona.
- Dopiero, co się obudziłaś. Co ja mówiłem o oszukiwaniu mnie?- no tak, Ślizgona nie oszukasz, w końcu znają się na fachu.
- W takim razie wyjdź bez powodu.- byłam wściekła, chce być sama, a jak widać to bardzo trudne.- Chcę być sama.- dodałam.
- Możesz być sama razem ze mną.- powiedział niczym niewzruszony.- Na tym polega mi… przyjaźń, co nie?- po tych słowach usiadł koło mnie, a ja nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam to przejęzyczenie.
- Od kiedy jesteśmy przyjaciółmi?- spytałam.
- Od wtedy, kiedy płakałaś w moich ramionach. Błagam nie udawaj, że mnie nie lubisz. Ja cię wkurzam, ty mnie wkurzasz, ale się lubimy. Nie zaprzeczaj. Chce ci tylko powiedzieć, że możesz zawsze na mnie liczyć i przede mną nie musisz udawać, że jesteś szczęśliwa, wiesz o tym? Myślisz, że ja nie widzę tych wszystkich ukrywany łez, albo sztucznych uśmiechów? Nie jestem na tyle głupi by uwierzyć, że ty tak z dnia na dzień stałaś się szczęśliwa, niczym jednorożec. Myślisz, że ja w nocy śpię? Ja wiem, że masz koszmary, widzę że nie chcesz mi powiedzieć jakie, ale ja wiem. Wiem więcej niż ci się wydaje. Mówisz, że nikt nie wie jak się czujesz, ale ja wiem, bo ja czuję się tak samo. Tylko, że jestem lepszym aktorem od ciebie i to o wiele. Może Pottera nabierzesz, ale nie mnie. Możesz sobie mówić, że mam się tobą nie przejmować, że sobie poradzisz, ale ja swoje wiem i nie zamieszam cię zostawić z tym samą, rozumiesz?
- Ty mnie rozumiesz…- zdołałam się tylko rozpłakać na wspomnienie jedynej osoby, która tego podołała. Spojrzałam na niego, on też płakał.
- Draco, poradzimy sobie z tym, przestańmy udawać, chociaż przed sobą.- oczy wciąż mokre, głos wciąż drżący, ale twarz już spokojna.
- Skoro tak mówisz, ale Hermiona ja, to znaczy to nie jest tak, że ja cię rozumiem, ja po prostu wiem przez, co przechodzisz.- dodał niepewnie.
- To na jedno wychodzi i ty dobrze o tym wiesz. Teraz pozostało mi zrozumieć ciebie. Ja przez ten cały czas byłam pieprzoną egoistką, ale to się zmieni, obiecuję. Znowu będę dobrą przyjaciółką, nawet dla byłego wroga.- otworzył usta- Nie przerywaj mi. Powiedz mi, co cię boli? Czemu ty cierpisz?
- Nie chcę teraz o tym mówić… Chyba już pójdę…
- Zostań ze mną, każdy z nas potrzebuje teraz samotności, z Tobą mogę być samotna. Sam to powiedziałeś.- spróbowałam się uśmiechnąć.
- Chyba masz rację.- usiadł koło mnie. Zamknął oczy i słyszałam, że próbuje uspokoić oddech. To takie samolubne, że dopiero teraz zauważyłam, że z nim też jest źle. Okropnie schudł, a rysy twarzy wyostrzyły się jeszcze bardziej. Już nie tak gęste blond włosy, o które zawsze dbał stały się teraz lekko tłustym miszmaszem na głowie. Jego dłonie wciąż były zaciśnięte w pięści, jakby walczył sam ze sobą. Teraz to ja muszę się nim zająć, albo nie… zajmijmy się sobą nawzajem. Tak działają przyjaciele. Nagle zaczął mówić, niepewnym głosem:
- Ja po prostu wciąż ich widzę.
- Kogo?- spytałam delikatnie.
- Rodziców, oni zginęli kiedy myślałem, że jesteśmy już uwolnieni od potwora… ale zostało ich jeszcze parę. Ojciec zginął w walce o mnie i o mamę, a ona, ona osłoniła mnie własnym ciałem.
- Draco, ja nie wiedziałam, ja myślałam, że żyją nic nie mówiłeś…- było mi tak przykro.
- A jak myślisz, dlaczego się tu zjawiłem? Dlaczego nie pławię się teraz w luksusach? Nie chciałem nikomu mówić. Wszyscy ich nienawidzili, przez długi czas łącznie ze mną.- w jego oczach błyskał smutek i żal.
- Draco, Narcyza uratowała Harry'emu życie.
- Ale mój ojciec chciał go zabić, nie raz… Ja nie twierdzę, że masz go lubić i nie twierdzę, że ktokolwiek musi. Uznałem, że to oszczędzi mi zbędnych uprzejmości i miałem rację. Ja wciąż ich widzę, przed oczami. Niezadowolonego ojca, przestraszoną matkę. Koniec końców oddali za mnie życie, robili wszystko żeby mnie uchronić. Popełnili w życiu wiele błędów, mnóstwo ludzi zarzucało im, że mnie nie kochali, ale w ostatnich ich dniach udowodnili to. Udowodnili, jak bardzo byłem dla nich ważny. Może nawet trochę mi ulżyło. Mogę bez problemu wyrzec się rodu Malfoyów, i ogólnie rodów czystej krwi, a chyba tego mi było trzeba. Mimo to, wciąż ich widzę te twarze… one są wciąż ze mną. Staram się je ignorować, ale nie umiem, to za trudne, nawet dla takie ignoranta, jak ja.
- Nie jesteś ignorantem. Zdążyłeś mi to parę razy udowodnić. Kiedy ostatni raz byłeś na ich grobie?- zdążył i to wiele, wiele razy…
- Na pogrzebie… byłem sam, ja nie chcę tam być sam.- jego twarz była nieodgadniona. Nie wiadomo, czy był smutny, czy szczęśliwy, czy zawiedziony. Biała kartka.
- Pójdę tam z tobą.- wstałam i wzięłam różdżkę do ręki.
- Ale chyba nie teraz?- zapytał zdziwiony, kiedy ja wkładałam ciepły płaszcz i buty, wyciągnięte z szafy.
- Oczywiście, że teraz.- poczułam się szczęśliwa, że mogę mu pomóc, w końcu on tyle razy pomógł mnie. Posłałam mu pełen pociechy uśmiech, ku mojemu zdziwieniu odwzajemnił go.
- To gdzie?
- Po prostu złap mnie za rękę.- ścisnęłam jego dłoń i po chwili poczułam niemiłe szarpnięcie w brzuchu.

***

- To tutaj?- zapytałam.
- Tak…
- Nie tak sobie wyobrażałam grób twoich rodziców.-pomnik, był z czarnego, gładkiego kamienia. Na grobie widniały piękne małe literki, które układały się w słowa „Tutaj leżą Lucjusz i Narcyza Malfoy”, a pod nim cytat: „Nic nie jest takie, jakim się wydaje”.
- Chcieli skromny, mają skromny… Nie sądziłem, że tak szybko będę musiał się tym zająć. Wiesz ile ludzi było na pogrzebie? Tylko ja… Nikt się pofatygował, nawet ludzie którzy widzieli ich śmierć.- bałam się spytać, jak to się stało, jeszcze nie był na to gotowy. Na nagrobku złożył dziesięć białych róż, które przed chwilą przetransmutował, pięknie kontrastowały z czarnym granitem. Było naprawdę pięknie, wiał lekki wiosenny wiatr, słońce pięknie wyglądało zza idealnie białych chmur.
W jego niebiesko stalowych oczach pokazały się łzy… Zbliżyłam się do niego i objęłam. Z wdzięcznością przyjął ten czuły gest, wtulił się we mnie. Czułam, że drży, ale nic innego nie pokazywało, jak jest mu przykro. Był naprawdę świetnym aktorem. Lekko się od niego odsunęłam
- Draco… Wiesz, że każdy zasługuje na szczęśliwe zakończenie i koniec końców je dostaje?
- Nie chrzań.- prychnął.
- Przyjrzyj się. Twoi rodzice chcieli cię uratować, udało im się. Fred- przełknęłam ślinę, musiałam być silna.- Zginął w obronie przyjaciół. Syriusz, w obronie Harry'ego. Dumbledore dla większego dobra. Moody, walcząc ze śmierciożercami. Remus i Dora, każdy z nich zginął porządnie, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.
- Wciąż zadziwia mnie ile ty wiesz, i z ilu rzeczy zdajesz sobie sprawę i z ilu nie zdajesz… ale dobrze wiesz, że to wcale nie umniejsza rozpaczy.- patrzył mi głęboko w oczy.
- Mnie zadziwia to, jak dobrze mnie znasz.
- Znam cię, bo mi na to pozwalasz. Ty widzisz we mnie człowieka… Mało kto to robi. W końcu jestem robotem, który nic nie czuje i niczym się nie przejmuje, prawda?
- A jak powiem, że nie prawda to mi uwierzysz? W końcu sam tak o sobie myślałeś przez długi czas.- zbliżył się do mnie.
- Ty mnie znasz- szepnął wprost do moich ust, po czym złączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Jak dla mnie sceneria, aż kipiała romantycznością. Pocałunek nad grobem rodziców to dopiero coś. Czułam tyle naraz, że nie wiedziałam na czym się skupić. Jedną rękę wsadził w moje rozwiane włosy, drugą trzymał mnie w tali i nie pozwolił upaść. Byłam taka szczęśliwa… Nagle coś do mnie dotarło, co z moimi rodzicami. Oni przecież żyją, ale… ale oni mnie nie pamiętają. Oderwałam się od blondyna, trochę za szybko.
- Przepraszam to było…- nagle zobaczył moje łzy.
- Całkowicie o nich zapomniałam…- na szczęście zorientował się o co mi chodziło.
- Znajdziemy ich. Obiecuję, pomogę ci.- przytulił mnie.- Powinniśmy już wracać- dodał, gdy zauważył, że drżę z zimna i rozpaczy. Znowu mu to robię, znowu jestem egoistką. Wszystko obrócę na mój problem.
- Draco, ja przepraszam to ja miałam ci pomóc, a to ty znowu musisz pomagać mi.- nic nie powiedział, tylko spojrzał pocieszająco. Złapał mnie za rękę i nagle stanęłam w drzwiach dawnego domu Syriusza.
Usłyszałam krzyki i odgłosy szarpaniny. Natychmiast otworzyliśmy drzwi i wbiegliśmy na górę. Widok był przerażający… Ginny stała w korytarzu i wpatrywała się w stojącego na przeciwko niej zamaskowanego Śmierciożercę. Zdążyłam jedynie krzyknąć:
- Ginny!- po czym błysnęło zielone światło.

***********



No mam nadzieję, że rozdział się podoba. Włożyłam w niego mnóstwo pracy. Nie zapomnijcie o pozostawianiu komentarzy.
Muszę powiedzieć, że zapomniałam o czymś bardzo ważnym. Mianowicie, chciałabym podziękować mojej becie- Alohomora mind, za tak piękne zbetowanie i utrzymywanie mnie przy twórczym życiu.
Przyznam się, że miałam wątpliwości, czy kontynuować wstawianie rozdziałów na bloga. Jednak, jak zwykle te parę komentarzy dodało mi otuchy i stąd tutaj 6 rozdział.
Nie zapomnijcie czytać tablicy ogłoszeń i krótkiego wyjaśnienia.
Blog wciąż się zmienia, bo dążymy do perfekcji :D

                                                                - Wasza Carla ;)

2 komentarze:

  1. Harry się ciął? Trochę to dziwne. Ale cóż, on zawsze wydawał mi się jakiś taki słaby i całe życie polegał tylko na innych.
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca zgadzam się z tym, że Harry był słaby i polegał tylko na innych, ale to nie ma znaczenia ;) Nie zapominajmy też, że w tamtej chwili był niejako "opętany", że nie robił tego z własnej woli. Zachęcam do czytania następnych rozdziałów :D

      Usuń